Ta strona www używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy dostosować stronę do twoich potrzeb.
W każdej chwili masz możliwość zablokowania plików cookies w swojej przeglądarce. Dowiedz się jak to zrobić OK. Rozumiem
Kupieckie Domy Towarowe KDT
Strefa kupca

„Ja ołówek”, czyli kilka słów o dobrobycie, biurokracji i marnotrawstwie

„Ja ołówek” to esej Leonarda Reada, który w roku 1946 założył Fundację na Rzecz Edukacji Ekonomicznej - pierwszego wolnorynkowego think-tanku w Stanach Zjednoczonych. Jej celem jest krzewienie i promocja wolności gospodarczej oraz edukacji ekonomicznej.

Ten krótki tekst rozpoczyna się, niczym bajka dla dzieci, od przedstawienia głównego bohatera, którym jest.... zwykły ołówek. Ten niedługi esej opowiada historię powstania jednego z najprostszych przedmiotów – tego właśnie ołówka. Czy rzeczywiście najprostszy? Ilu z nas zastanawia się nad tym, jak powstają używane przez nas najprostsze przedmioty? Ile milionów procesów, technologii, ludzi uczestniczy w ich powstaniu? Ot, na przykład taka gumka: „składnik zwany faktysą jest tym, który wyciera błędy. To podobny do gumy produkt, który jest wytwarzany z reakcji oleju rzepakowego z Holenderskich Indii Wschodnich z chlorkiem siarki. Do gumy są również dodawane inne składniki chemiczne. Pumeks sprowadzany jest z Włoch, a pigmentem nadającym >>gumce<< kolor jest siarczek kadmu”. Albo główny składnik ołówka – grafit: „grafit jest wydobywany w Cejlonie. Zastanów się ilu górników i jak wielu narzędzi trzeba użyć, ilu ludzi produkuje papierowe worki, w których grafit jest dostarczany i ilu jest tych, którzy ciągną te worki i transportują je do statków i na statkach... Grafit miesza się z gliną z Missisipi z wodorotlenkiem amonu, używanym w procesie rafinacji. Następnie dodaje się środki zwilżające, takie jak sulfonowany łój, tłuszcze zwierzęce chemicznej reakcji z kwasem siarkowym..” Może wystarczy cytatów.

Dlaczego o tym wspominam? I jaki to ma związek z kupcami z KDT? Dlatego, ponieważ Readowi udało się w prosty sposób dotknąć głębszego zagadnienia, a mianowicie tego, jak powstaje bogactwo społeczeństwa i jak wielka jest twórcza ludzka energia. Dobra i bogactwo biorą się z dobrowolnej, spontanicznej współpracy ludzi. To właśnie sprawiedliwe i wolne społeczeństwo stanowi wartość.

Ten krótki esej o banalnym przedmiocie stał się podstawą rozważań dla gigantów ekonomii. To opracowanie Reada uświadamia, jak łatwo cały ten gigantyczny proces zakłócić może nieodpowiedzialność urzędników. Biurokracja to olbrzymi mechanizm obsługiwany przez Pigmejów - mawiał Balzac. Obserwujemy to tu i teraz, w stolicy Polski, w sposobie traktowania przez władzę przedsiębiorców z KDT oraz w stosunku miasta do drobnego handlu, tak często przez biurokratów nazywanym „niecywilizowanym”.

Prof. Drucker powiedział kiedyś, że reformę firm przeżywających kryzys zaczyna od zamiany stanowisk. Nagle wszechpotężny szef musi zejść na ziemię i pracować na najniższym stanowisku, żeby zrozumieć problemy pracowników na wszystkich szczeblach w firmie. Wydaje się, że taka zamiana ról przydałaby się także warszawskiemu Ratuszowi. Ot, taka kilkumiesięczna zamiana ciepłego fotela w Ratuszu na niewygody warszawskiego kupca. Obawiam się jednak o wynik ekonomiczny takiej zamiany. O ile w biurokracji nie trzeba wykazywać się kreatywnością i wynikami, żeby dostać wynagrodzenie, o tyle w handlu i usługach ciągła innowacyjność i gotowość do ryzyka jest stałym elementem działalności. Biurokracja ograniczana do minimum jest nieodłącznym elementem państwa, ale już nadmiernie rozbudowana staje się zagrożeniem dla wolności obywateli. Co nam z wolności, skoro nie mamy jak jej realizować? Wolność realizujemy przez to, jak zarabiamy i co robimy z naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Wiele lat temu, amerykańscy republikanie ukuli hasło „Nie kradnij! Rząd nie lubi konkurencji”. To credo określiło stosunek wielu Amerykanów do marnotrawienia przez rząd pieniędzy podatników, a republikanom pozwoliło dojść do władzy i zreformować kraj.

Właśnie kilka dni temu stołeczne gazety poinformowały nas, że „miasto” ma dopłacić 900tys. zł do akcji pacyfikacji KDT. „Miasto” czyli kto? Czyli my! Wszyscy mieszkańcy mamy zapłacić za nieudolność władz miasta. Wokół wydatków miasta rodzi się wiele pytań. Chociażby takie, na jakich przesłankach bazowała firma wynajęta, jak rozumiem, przez miasto do wyceny hali KDT? Skoro ich wycena była 100 krotnie większa, niż cena rynkowa. Ile też na tym zarobiła? A co z agencją ochrony? 900 tys. za 4 miesiące ? Za tę kwotę można wynająć na 4 miesiące od amerykańskiej firmy Blackwater pluton najemnych komandosów z elitarnych jednostek, gotowych na poświęcenie życia na wojnie. Tłumaczenia rzecznika ratusza o wielkich kosztach związanych z ochroną mienia kupców jest wielką kpiną. O ile można jeszcze zrozumieć rzecznika miasta, bo taka jest jego praca, żeby wytłumaczyć nawet jak najbardziej absurdalnie swojego pryncypała, o tyle dziwić musi reakcja (a właściwie jej brak) samych władz, które nie mają sobie nic do zarzucenia. Miasto, które liczyło na 7-10 mln zł dochodu z racji sprzedania hali, dopłaca prawie milion złotych i wszystko jest w porządku? Czy do przychodów miasta, nie wliczono potencjalnych pieniędzy ze spieniężenia hali? Czy wyliczono koszty, jakie do tej pory miasto poniosło? Interwencja komornika, stracone podatki, odszkodowanie dla KDT, 2000 ludzi bez pracy, milion za ochronę, wynagrodzenie extra dla pracowników Straży Miejskiej, tysiące roboczogodzin pracowników Ratusza, zajmujących się sprawą KDT, ekspertyzy prawników itd. Myślę, że lista płac może przypominać listę aktorów biorących udział w jakiejś hollywoodzkiej superprodukcji. Przecież to wszystko idzie w dziesiątki milionów złotych, których zabraknie na inne pilne potrzeby mieszkańców miasta. Za 1mln zł można dofinansować ponad 5000 dodatkowych patroli policji, sfinansować dożywianie setek dzieci, wspomóc najuboższych przed świętami. Kilka tygodni temu lekarze pracujący jako wolontariusze w bezpłatnej przychodni dla kilku tysięcy bezdomnych błagali władze miasta o dofinansowanie ośrodka kwotą 100 tys. zł, która pozwoliłaby im funkcjonować przez następny rok. Miasto, po wielkich naciskach mediów, znalazło możliwość dofinansowania tak potrzebnego punktu pomocy. I te same władze wydają lekkomyślnie miliony złotych, do których wypracowania w żadnej mierze się nie przyczynili. W każdej firmie prywatnej nieudolność władz, skutkująca takimi stratami i takim brakiem profesjonalizmu, spowodowałaby zwolnienie decydentów w trybie natychmiastowym. Urzędnicy jednak, cierpiąc na swoistą wadę „wzroku”, nie widzą perspektywy dalszej, widzą tylko kilka liczb na papierze. Dla tej armii często nieproduktywnych pracowników, zatrudnianych i opłacanych przez obywateli, wydatki miasta to nie ludzki wysiłek, pot, wyrzeczenia. To tylko zestawienie wirtualnych liczb, z których nic nie wynika. Warto, aby urzędnicy zapoznali się z książką „Ja, ołówek”, bo może da im to impuls do spojrzenia na obywateli nie jak na „dojne krowy”, zapewniające przychody miastu, ale jak na ludzi zmagających się z setkami barier budowanych przez urzędy.

Maszyna biurokracji opisywana bywa przez samych zainteresowanych jako cudowne urządzenie dające pracę i regulujące tzw. „dziki rynek”. Z pewnością jest to cudowne urządzenie, bo nie dość, że inni płacą za jego utrzymanie, to jeszcze umożliwia zatrudnianie dziesięciu ludzi do pracy, którą tak naprawdę mogłaby wykonać jedna osoba.

Tak, chcę otrzymywać maile z bieżącymi informacjami!

strony internetowe warszawa